
To nie jest Łeba tylko Rowy, ale podobnie, tutaj też niektórzy próbują wpływać
Znow mam ochotę napisać coś o Łebie, a dokładniej o wpływaniu i wypływaniu z tego portu. Skłoniła mnie do tego lektura orzeczenia Izby Morskiej WMG 22/08/ WEJŚCIE NA MIELIZNĘ S/Y „RZESZOWIAK” NA REDZIE PORTU ŁEBA w dniu 25 maja 2008 .
Jak niektórzy wiedzą, tegoż dnia Rzeszowiak wychodząc z Łeby wpłynął na mieliznę. Żeby się za bardzo nie rozpisywać przytoczę konkretne cytaty z ww orzeczenia:
I Przyczyną wejścia na mieliznę za głowicami falochronów portu Łeba, wychodzącego w morze s/y RZESZOWIAK, w dniu 25 maja 2008 r. o godz. 1020, przy wietrze NE 4º B, stanie morza 2 i dobrej widzialności; było niezasięgnięcie informacji o aktualnych głębokościach na wyjściu;
II Winę za wypadek ponosi kapitan s/y RZESZOWIAK kpt. jacht. M.K. ponieważ wychodził z portu bez zgody Kapitanatu i przez to nie uzyskał wiadomości o sytuacji nawigacyjnej na redzie.
W dalszym ciągu lektury czytamy:
(kapitan) powiadomił pracownika Mariny – w jego mniemaniu jej bosmana, iż będzie wychodził. Uważał, że jest to jednoznaczne ze zgłoszeniem wyjścia dyżurnemu bosmanowi portu. Pracownik Mariny, który był tylko dozorcą, zgodził się na wyjście jachtu. Nie udzielił żadnych informacji o aktualnych warunkach na podejściu do portu, bo takimi danymi nie dysponował.
Faktycznie, przepisy portowe (s. 37-49), stanowią w § 116., iż żaden statek nie może wejść i wyjść z portu bez uzyskania zgody kapitanatu.
Dokument zawiera również opis kolejnych potknięć, tym razem w wykonaniu oficera obsługującego UKF, który rezygnując z nasłuchu na kanale 12 (roboczy dla Łeby) pozbawił się szansy na odebranie ostatniego ostrzeżenia od płynącego za nimi rybaka:
„…przełączył, po zgłoszeniu wyjścia SG, stacjonarny radiotelefon w nawigacyjnej z kanału 12 na 16, a przenośnego nie włączył. Nie wiedział o tym, że była możliwość prowadzenia jednoczesnej korespondencji i nasłuchu na trzech kanałach „.
Na koniec dokumentu znajduje się filozoficzna, jakże ogólnoludzka i ponadczasowa sentencja:
W żeglowaniu tak bywa, iż na drodze do obranego celu, mogą niespodziewanie wystąpić przeszkody nawigacyjne. Bezpieczne ominięcie ich wymaga liczenia się z taką możliwością.
Nie uchybiając prawdzie powyższych stwierdzeń, wydaje się, że takie postawienie sprawy stanowi jej uproszczenie i spłycenie (porównywalne do spłycenia na podejściu do Łeby). Niezależnie od wychwyconych przez IM błędów i potknięć prowadzącego i oficera, lektura tego orzeczenia nasuwa następujące pytania:
Cytat z orzeczenia: Chociaż M.K. nie zapytał bosmana portu o zgodę na wyjście, ten wiedział że s/y RZESZOWIAK opuści Marinę, bo prowadząc nasłuch na kanale 12 UKF, słyszał o godz. 10.01 jak zgłasza Straży Granicznej zamiar wyjścia na Bornholm.
Czyli co: Bosman portu słyszał przez UKF, że jacht wychodzi, wiedział że kapitan nie zasięgnął u niego informacji o spłyceniach, ale się nie odzywał? Znaczy obraził się???
Drugą kwestią jest sprawa tablicy ogłoszeń w marinie. W treści orzeczenia napisane jest, że jacht opoźniał wyjście czekając na poprawienie pogody. Zwyczajowym miejscem gdzie zagląda się poszukując ważnych informacji jest tablica z wywieszoną aktualną prognozą pogody. Ciekawi mnie to, czy na tablicy w marinie była informacja o spłyceniach. (Może była, tylko tak jestem ciekaw, bo to nie wynika z orzeczenia)
Wiadomo, że Łeba jest portem bardzo trudnym ponieważ na wejściu znajdują się płycizny. Co gorsza te płycizny przemieszczają się i zmieniają w sposób bardzo trudny do przewidzenia. Żegluga tam wymaga najwyższej uwagi i precyzji nawigacyjnej. Moim zdaniem kapitan Rzeszowiaka podłożył się, a wysokie gremium bez specjalnego trudu udowodniło mu winę. Nie ma co się o tym rozpisywać.
Natomiast warte odnotowania jest to, że w kraju należącym do Unii Europejskiej i aspirującym do pewnych kręgów cywilizacyjnych wciąż niczyjego zdziwienia nie budzi fakt, że można wjechać na nieoznaczoną mieliznę na oznakowanym torze wodnym.
W dodatku dzieje się to tam, gdzie funkcjonuje spora marina, a lokalna społeczność powinna być zainteresowana przyciągnięciem jak największej liczby turystów (turystów, to także jachtów)
Przypomina mi się stary kawał:
„Wielka rzeka przecina bezkresne kołchozowe pastwiska. Na rzece stoi drewniany most. Na most wjeżdża ciężarówka, dojeżdza mniej więcej do połowy, po czym most załamuje się a jego resztki wraz z ciężarówką spadają do wody. Pastuch który obserwuje to z brzegu mruczy do siebie: Wot durak, widit most i jediet”. Wszelkie podobieństwa z sytuacją Rzeszowiaka zamierzone i nieprzypadkowe.
Ferdynand Magellan przechodząc przez słynną cieśninę później nazwaną jego imieniem wysłał wcześniej szalupy, które przesondowały przejście zanim przepłynęła jego flotylla. Również ORP Orzeł, pozbawiony pomocy nawigacyjnych, dokonał pod pozorem wędkowania sondowań redy portu przed brawurową ucieczką z internowania w Tallinie .
Wszystko zatem da się zrobić, tylko jest to kwestia przyjętych norm. Mnie się wydaje, że należałoby może wyartukułować jakiś głos środowiska żeglarskiego w takich sprawach, ponieważ jeśli nie, to faktycznie trzeba będzie wcześniej wysyłać szalupę na sondowanie za każdym razem jak wchodzimy/wychodzimy z niektórych Polskich portów.
Żeby było jasne: nie liczę na to, że prądy wodne przestaną przesuwać rumowisko na wejściu do Łeby. Ja tylko nie mogę zapomnieć widoku pewnego portu, gdzie dzierżawca mariny oznakował kamienie za pomocą własnoręcznie wykonanych bojek – butelki pięciolitrowe po wodzie pomalowane sprejem. Wiecie czemu? bo mu zależało żeby klienci nie wpadali na kamory.






Ostatnie komentarze